W projektowaniu otoczenia, w którym osoba niepełnosprawna będzie się czuła swobodnie, liczy się każdy, nawet najmniejszy detal, na który osoby zdrowe w życiu nie zwróciły by należytej uwagi. Czasem różnica kilku centymetrów w wysokości krawężnika, czy kilku stopni w nachyleniu podjazdów decyduje o tym, czy dany element architektoniczny jest dla osoby niepełnosprawnej użyteczny czy też nie. Ileż razy sam miałem okazję się o tym przekonać w sytuacjach, gdy na przykład do budynku prowadził podjazd, ale ze względu na dużą stromiznę był zupełnie bezużyteczny, chyba, że w grę wchodziła pomoc drugiej osoby. Pół biedy jeśli to była kwiaciarnia warszawa, czy jakieś hale wystawowe, ale gdy to był budynek administracji publicznej, takie sytuacje są niedopuszczalne. Mówię tu oczywiście z perspektywy osoby poruszającej się na wózku, z całkiem innymi problemami borykają się osoby z innymi dysfunkcjami, jak na przykład niewidomi. Poza tym często trzeba by jeszcze uwzględnić przyzwyczajenia konkretnych osób, wypracowane przez lata i ułatwiające im życie w takim a nie innym otoczeniu. Otoczenie i elementy, które mają pomagać niepełnosprawnym, powinny być skrojone na miarę, niczym spodnie ciążowe. Dlatego coraz częściej słyszy się o inicjatywach takich jak to, że studenci architektury już na studiach są przyzwyczajani i uczeni spojrzenia na świat właśnie z perspektywy osoby niepełnosprawnej – na przykład muszą poznać swoje otoczenie lub swoją uczelnię przez pryzmat wózka właśnie. To bardzo słuszne i wręcz niezbędne pomysły, by w późniejszej pracy architekci nie marnowali pieniędzy na ułatwienia, które tylko z pozoru są przydatnymi rozwiązaniami, a tak naprawdę okazują się jeszcze gorszymi utrudnieniami niż stan “surowy”.